środa, 20 września 2017

elewacja - dlaczego się tak wkopaliśmy? Czyli wpis dla tych wszystkich ,którzy czekają na końcowe zdjęcia kuchni.

Pada. Co ja mówię, leje. 

Leje. A ja w łazience nie mam okna. W salonie mam dyktę a na podłodze wykładzinę przemysłową.
 




   W zeszłym roku o tej porze miałam okna tam, gdzie ich miejsce, miałam podłogę( bardziej drzazgową pożogę ale drewniane to było i ciepłe) miałam kuchnie i miałam spokój. 
Dziś mam wymarzony remont -nie mam wciąż dokończonej kuchni, mam za to rozgrzebaną elewacje. I deszcz. 
Wiecie, nie wiem czy pamiętacie, jak obiecałam Wam zdjęcia z nowej kuchni po malowaniu farbą 3V3; taki wpis z opisem co i jak i czemu mi nie wyszło lub o dziwo wyszło. 
Ale, cóż, jak wiecie nie można mieć wszystkiego. 
Przede wszystkim nie mamy czasu i mój kochany  mąż nie wkręcił wciąż różowych gałek do środkowej szafki- witrynki. 
Prócz tego, już nie pamiętam jak to jest mieć posprzątane w kuchni. Wiem za to, jak to jest mieć częściowo położone płytki na ścianie. I wiecie jak jest? Do dupy :D 

Nigdy, ale to nigdy nie róbcie tak jak my. Bo my to my, jakoś dajemy radę ale nikt o zdrowych zmysłach by nie wytrzymał TAKIEGO remontu. Remontu bez planu i bez czasu i bez kasy. To jest taki remont, który nie ma prawa się udać, ale nam się udaje i ja wciąż nie wiem , jak to jest możliwe.  
Z dnia na dzień uświadomiono nam że idzie jesień i że jeżeli chcemy ( a musieliśmy) ocieplić dom i zmienić elewacje na drewno, to mamy czas do .... wczoraj haha. 
I naprawdę tak było, że Piotrek rzucił kuchnie w trakcie, dosłownie wrzucił wiaderko z przyborami do kładzenia płytek pod schody, takie  nieumyte, bo może w wolnej chwili będzie kończył. I zabrał się za elewację. W tydzień staliśmy się ekspertami od kładzenia wełny oraz obijania domu drewnianymi deskami elewacyjnymi. Piotrek zjeździł wiele tartaków, kupił dechy i zaczęliśmy prace. Ja chciałam okno tarasowe na pół salonu. Chciałam to mam, siedzę teraz w zimnie, patrze na czarna płytę OSB i nie wiem czemu to sobie zrobiłam. Szczególnie że okno miało mieć tysiącpięcetstodziewiecet centymetrów a ma tylko sto bo na tyle nas konstrukcja domu puściła. 
Wyszło i tak nieźle, bo bal konstrukcyjny był w takim miejscu, że okno wypadło prawie tam gdzie chciałam. A ile było emocji i jaka świetna zabawa. Dla wszystkich! 





Stare domy są niesamowite, każda ingerencja jest jak odkrywanie skrzyni z pirackim skarbem. A to się okaże,  że w domu mieszka mech, albo całe gniazdo myszy (sic!!!) spadnie na głowę podczas docieplania, a to znów ktoś znajdzie stare gwoździe, całe kwadratowe wbite w jakąś deskę, lub paragony z zakupów, całkiem niedawnych, między deskami zawieruszone ( ach te myszy!) 



Rozwalanie elewacji wiązało się z zerwaniem drewnianych elementów robionych jeszcze przez mojego Dziadka. Ciężko czasami pożegnać się ze Starym, szczególnie gdy niszczycielska siła łomu jest nie do opanowania i mimo starań nie uda się zachować tego, co by się chciało. Ale z drugiej strony idzie Nowe. Nowe jest piękne bo jeszcze go nie ma i w sumie nie wiadomo co z niego będzie...





 Szczególnie gdy na wybranie koloru nowej elewacji ma się trzy dni.
 I wiecie tu kolejne zdziwienie życia. Marzyła mi się jasna, naturalna elewacja, jak dąb taki piękny. Jak nowoczesne stodoły z jakiś współczesnych projektów domów drewnianych. Z wielkimi oknami i grafitowym dachem. Jednak rzeczywistość zastana sprawiła, że mamy małe wyjście na taras a kolor elewacji nie będzie jasny. Bo jasny to najlepiej olej. I co roku malować. Albo lazura i co dwa trzy lata odnawiać. 
I sorry, ale jak się ma 5 dzieci to się wtedy priorytety zmieniają i każdy inny kolor który przetrwa dłużej niż trzy lata jest piękny. 
No dobra. 
Nie każdy. 
Nie daliśmy rady wybrać nic. 
Ani we Fluggerze
Ani w Tikkulirlli. 
Emmersy i inne Osmo, nieststy ble. 
I już miałam mieć jakąś kupę na elewacji, gdy odkryliśmy Adlera. 


Niby też brzydale same, ale mają wzornik niestandardowy liczący milion odcieni. 
Wiec coś się udało znaleźć. 
I to coś mamy na domu. 
I ja to malowałam, sama samiusieńka. 


A jak wyszło? 
Myslę, że spoko. 
Ale uwaga. 
Mamy tylko jedną ścianę, no nie wiem, czy wiecie ale PADA. 
Co ja mówię. 
LEJE. 
Więc mamy kawałek wyremontowanej kuchni.
Kawałek elewacji. 
Kawałek podłóg. 
I chyba tyle mamy. 
Więcej nie mamy. 
Bo LEJE. 
Kap 
Kap
Kap


7 komentarzy:

  1. Dzieciaki będą wspominać ten remont jak przygodę życia, a jak w końcu skończycie to kawa na tarasie juz nigdy nie będzie zwykłą kawą, będzie Ci się chciało gotować w dokonczonej kuchni, a porządek utrzyma się sam - tak będzie : D no a o gałkach-cyciach pamiętać trzeba
    Zosia ; )

    OdpowiedzUsuń
  2. Kuchnia bedzie otwarta na salon?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polowicznie:)) kuchnia jest przechodnia,otwarta na salon i hol, bardzo spoko jest to ustawienie bo niby mam kuchnie jako.osobne pomieszczenie a tez nie jestem wykluczona z salonowego życia haha

      Usuń
  3. Po takich komplikacjach zakończenie remontu wyda się spełnieniem, marzeń. Z pewnością dacie radę!:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak Ty to wspaniale opisujesz. Chociaż, tak, ja wiem, że leje. Ale może zaraz przestanie i skończycie. To ja trzymam mocno kciuki.

    OdpowiedzUsuń
  5. Powiem Ci, że ja też mam do połowy skończony jeden pokój. Codziennie kładę jedną warstwę lakieru na malowaną komodę, coś tam robię z doskoku, bo trzeba pracować, ogarniać dzieci, żyć po prostu. Moja kuchnia jest aktualnie przechowalnią rzeczy z owego pokoju, bo elektryk, który miał położyć nowe kable, wciąż ma za daleko. Stoję z malowaniem, panelami. Trochę rozumiem, o czym mówisz.
    Zakończę optymistycznie - perypetie, perypetiami, ale za to jak będziecie mieć pięknie <3

    OdpowiedzUsuń
  6. no to rzeczywiście przygoda życia wyszła tak już bywa :)

    OdpowiedzUsuń